|
Zatopić Bismarka 41% alk. obj. Z dużym opóźnieniem ale jak obiecałem, tak czynię i uprzejmie donoszę – jak smakuje 41% piwo. Mój egzemplarz „Sink The Bismarck” szedł ponad dwa miesiące, a to dlatego, że poprosiłem znajomego o przysługę i bezpieczne dowiezienie go do Polski. Ech trzeba było zdać się na pocztę jej Królewskiej Wysokości. Ale jest już u mnie i to w ciekawym towarzystwie czterech innych piw z browaru Brew Dog. Piwo było zapakowane w papierową torbę z odręcznie napisaną zawartością alkoholu 41% i zawieszką w postaci otwieracza z zatyczką. To miłe, że ktoś słusznie zauważył, że takiej butelki nie można wypić na raz i trzeba zawartość zabezpieczyć. Ale do rzeczy: Kolor piwa jest ciemnopomarańczowy w granicach 20-22 EBC. Piwo nie jest do końca klarowne, za to bardzo nieznacznie opalizujące. O pianie nie piszę, bo tego piwa nie przelewa się aby zbudować pianę, więc sama jej obecność nie jest istotna. Intensywny zapach słodu i b. wyraźna nuta aromatyczna chmielu 9/10. Oczywiście zapach alkoholu jest jednym z dominujących 8/10 ale nie aż tak bardzo jak można by przypuszczać. Oprócz tego zapach dojrzałych, żeby nie powiedzieć lekko przejrzałych owoców gruszka, morela. Piwo pełne 10/10 o teksturze wręcz nadającej się do przeżucia. Bardzo słodkie 10/10 i wybitnie goryczkowe 9/10 jak na IPA przystało. Smakuje jak likier na bazie słodu lub miodówka z większą ilością miodu ale nie ostrego gryczanego tylko łagodniejszego, np. wielokwiatowego lub z mniszka lekarskiego. Piwo nieznacznie nasycone CO2, co nie koniecznie poprawia i tak znikomą, a właściwie nieobecną pijalność. Degustacja takiego trunku ze względu na zawartość alkoholu jest b. mocno ograniczona. „Wąchanie” od wewnątrz w zasadzie nie jest możliwe, chyba, że ktoś chce przeczyścić sobie zatoki. Ogólnie rzecz ujmując, spodziewałem się czegoś mniej podobnego do piwa. A tu proszę bardzo! Nie można nie zakalikować tego trunku do piwnej rodziny. W porównaniu z dużo słabszym „Nuklearnym Pingwinem” smakowo wychodzi na plus. Jego słabszy brat smakował jak wyciąg z suszu śliwek i dużo mocniej oddawał alkoholowy charakter. Mimo wszystko myślę, że zawartość alkoholu pozycjonuje oba piwa jedynie jako ciekawostki, które podobnie jak chipsy o smaku piwa z ideą piwną nie mają wiele wspólnego. Warto jeszcze wspomnieć, że w czasie kiedy oczekiwałem na „najmocniejsze” piwo świata, dwa konkurujące browary niemiecki Schorschbräu i szkocki Brew Dog wypuściły kolejno: piwo 43% na co Szkoci odpowiedzieli piwem 55% o nazwie „End of Story”, co chyba zapowiada koniec również współzawodnictwa. Raf. |