Piwa z Buffalo (USA) - cz. II
Miasto położone nad jeziorem Erie i o rzut beretem od malowniczego wodospadu Niagara. Mimo tego mocno dotknięte kryzysem i to nie głównie tym ostatnim finansowym, który miał skalę globalną. Podupadły przemysł metalurgiczny nie wytrzymał konkurencji z Chinami. Chciałoby się powiedzieć: a dobrze wam tak! - skoro tak ochoczo wspieracie gospodarkę kraju środka jako jego największy odbiorca wszelkich dóbr konsumpcyjnych oraz niejednokrotnie inwestor w różnych produkcyjnych przedsięwzięciach. Ale tak nie powiem, ponieważ jako liberał cenię sobie wolność i prawo wyboru. Niesmak tylko pozostawia nieśmiało artykułowana postawa władz USA wobec nieprzestrzegania praw człowieka i wolności słowa w kraju swojego biznesowego partnera. Żal też patrzeć na opustoszałą Main Street w Buffalo, gdzie większość lokali jest na sprzedaż lub pod wynajęcie. Jednak na końcu tej ulicy a w zasadzie koło niej znajduje się oaza, gdzie zawsze jest pełno ludzi. Okazuje się, że jest to najbardziej popularna restauracja i pub z minibrowarem w mieście. Widać tego rodzaju biznes jest poza zasięgiem chińskiej dominacji, ponieważ oprócz produkcji liczy się również dobra usługa i mała lokalna skala. Pearl Street Grill & Brewery znajduje się w budynku z 1841 roku i oferuje 14 rodzajów piwa swojej produkcji. Ciekawym jest to że można zamówić sobie przekrój próbek po 2 oz. każda (około 60 ml) i wybrać te najciekawsze. Dużo z serwowanych piw było wyraźnie aromatyzowanych: czekoladowe, porzeczkowe, wiśniowe, etc. Było też kilka widać pośpiesznie robionych, ponieważ przydałoby się im trochę dłużej poleżakować w celu pozbycia się choćby diacetylu o smaku masłowym. Ale jak tu nie odnaleźć pośród tylu kilku naprawdę zacnych. Wybrałem dwa nieco bardziej wyraźne i jedno już wcześniej poznane w Toronto. Pierwszym było Strong American Pale Ale, które miało wyraźną goryczkę i aromat chmielowy, poza tym bogate w słodowe aromaty z wytrawnym dość ostrym finiszem na co pewnie miała wpływ deklarowana 6% zawartości alk. Drugim piwem było Double IPA o potężnej goryczce i „masakrycznym” uderzeniu aromatu chmielu w nozdrza. Od razu podniósł mi się niebezpiecznie poziom endorfiny na co wskazywał uśmiech od ucha do ucha i rozbiegane oczy. Tego nie da się zapomnieć! Ostatnim piwem był sezonowy Summer Ale, czyli Saison w wersji light. To piwo widać jest dość popularne ponieważ kosztowałem je już w Toronto, a później niejednokrotnie będę do niego wracał również w New York City. Dość wspomnieć że jest również komercyjnie robione przez znany browar Samuel Adams. W naszym hotelowym barze oferta była nieco uboższa bo jedynie 8 piw beczkowych . Pośród nich nic innego jak Summer Ale, powszechnie znany Guinness Dry oraz ku mojej uciesze prawie 7%-owa IPA. W porównaniu z piwem z Pearl Street było ono tylko nieznacznie mniej goryczkowe za to aromat równie intensywny i bardziej czysty, świeży i lekko kwiatowy. I znów wszyscy się dziwili czemu uśmiecham się do szklanki. Na pewno jest to kwestia doboru gatunku chmielu, ale muszę przyznać, że ta hotelowa IPA to było mistrzostwo wszechświata i nie tylko, dlatego też należy się głęboki ukłon piwowarowi z lokalnego browaru Southern Tier, z którego pochodziło to piwo. Raf. |